I znowu na ostatnią chwilę, czyli zadbaj o spokój umysłu

gogogo

Patrzę na kalendarz znajdujący się w rogu ekranu: 05:32, 2017-09-28. Tak, znowu miałem problemy ze wstaniem, więc przed komputerem siadam dopiero o tak późnej porze. „Późnej” jak na moje standardy. Zwykle jest to kilka minut po czwartej. Dla kogoś innego to i tak pewnie zabójcza pora 😀 No i ta data: 28-ty. W połączeniu z tym, że na 29-ego mam zaplanowaną publikację nowego artykułu, a jeszcze nie mam go napisanego, to chyba sam(a) przyznasz, że wesoło nie jest 😉

Z kotem na rękach (przed chwilą siedział mi na ramionach – tak wokół głowy jak kołnierz z lisa) idę do kuchni. Jedną ręką wyciągam z szafki kubek, stawiam go na blacie i przelewam do niego z czajniczka moje czarne złoto. Tak, kawa o takiej godzinie ma swój niesamowity urok 😀 Tym bardziej, że jest to kawa taka, jaką lubię: parzona, czarna, mocna i gorzka – bez bezczeszczenia jej cukrem i mlekiem. Wspominałem kiedyś, że piję kawę głównie ze względu na to, że uwielbiam jej smak? Nie? No to piszę o tym teraz 🙂

Zwinięty w kłębek kot leży i mruczy na moich kolanach, a ja przechodzę do pierwszego podtytułu.

Déjà vu

Miałem już kiedyś taką sytuację – nie raz i nie dwa – że artykuł pisałem w ostatniej chwili. Było to wręcz sporym problemem przy moim poprzednim blogu. Ale tak to już jest, że gdy chce się osiągnąć konkretny poziom i pisać regularnie, zawsze w którymś momencie pojawi się brak weny. I nie chodzi tu wcale o to, że nie wiem o czym pisać. Nie, bo pomysłów mam sporo. Niech świadczy o tym fakt, że szkiców artykułów (w różnym stadium rozwoju) mam zapisanych ponad 60..

szkice
O, 66 dokładnie…

Chodzi o to, że brakuje czasami tego czegoś, by dany tekst popchnąć do przodu i ostatecznie go zakończyć. Albo czuje się, że poruszany temat jest szczególnie ważny i można wycisnąć z niego więcej. Więc odkłada się go w oczekiwaniu na przypływ „jeszcze jednego zdania, które poruszy serca czytelników. Tej jednej myśli, która stanowić będzie genialne zwieńczenie”.

A potem przychodzi taka sytuacja, że do publikacji artykułu zostają już tylko godziny, a tekst nie jest jeszcze dokończony lub – co gorsza – nawet rozpoczęty…

Remedium

Jakie jest rozwiązanie tego problemu? Otóż bardzo proste 😉 Tym cudownym sposobem jest:

PISANIE WCZEŚNIEJ I NA ZAPAS.

Zobacz: dlaczego robi się przetwory i zapasy na zimę? No bo o tej śnieżnej porze roku nie jest dostępnych wiele produktów, takich jak owoce i warzywa. Kto chce więc w styczniu po powrocie z sanek zjeść knedle z truskawkami, musi albo zabulić w markecie 30 PLN za kilogram sztucznych i bezsmakowych owoców, albo sięgnąć do zamrażarki.

Identycznie sprawa ma się z pisaniem: chcesz opublikować artykuł także w czasie totalnej bezproduktywności? Albo możesz się mordować ze sztucznym i bezsmakowym tekstem, albo sięgnąć do przygotowanego wcześniej (może nawet parę miesięcy) materiału. Wybór należy do ciebie.

Ale tak jak z mrożeniem i wekowaniem na zimę, tak i tutaj nie ma nic za darmo 😀 Trzeba bezwzględnie wykorzystać każdy okres, kiedy wena jest dostępna. Nawet, jeśli oznacza to napisanie już dziesiątego tekstu w danym tygodniu i odpuszczenie czwartego spotkania towarzyskiego z rzędu.

(Patrzę na kalendarz znajdujący się w rogu ekranu: 04:16, 2017-09-29. Data przeraża – dzień publikacji, a ja w połowie tekstu. Godzina sprawia zadowolenie – tak, dzisiaj wstałem, o której chciałem 😀 ).

Ale nie tylko brak weny bywa problemem. Co jeszcze sprawia, że warto mieć zawczasu przygotowane teksty, gotowe do wykorzystania w sytuacji kryzysowej?

  • choroba: Wyobraź sobie, że nagle zachorowałeś i na przykład trafiłeś do szpitala. Albo po prostu leżysz w domu z wysoką gorączką. Pisanie nowego tekstu w takiej sytuacji jest chyba jedną z ostatnich rzeczy, jakie przychodzą do głowy.
  • nawał zajęć: Bywa tak, że czasami siedzisz i po prostu nie wiesz, za co się wziąć – bo wszystko jest zrobione. A czasami bywa tak, że nie wiesz za co się wziąć – bo jest tyle rzeczy do zrobienia 😀 W tym drugim przypadku dołożenie jeszcze jednego zadania (pisania) mogłoby sprawić, że po prostu byś padł(a).
  • urlop i wakacje: Jeżeli jedziesz w jakieś miejsce, to oczywistym jest, że chcesz jak najlepiej wykorzystać dostępny czas: zwiedzać, poznawać ludzi, odpoczywać, włóczyć się po knajpach. Siedzenie i pisanie może w takiej sytuacji zejść na dalszy plan. Chociaż czy nie byłoby warto pomyśleć o jakimś tekście z podróży? 😉
  • krótka pamięć: Jeżeli prowadzisz bloga tak na poważnie, to raczej nie zdarza ci się o nim zapomnieć 😉 Ale życie jest przewrotne, a czas pędzi niesamowicie szybko, więc możesz nawet nie zauważyć, że minął już tydzień od publikacji ostatniego artykułu i czas na kolejny 😀 (Tu kłaniają się też przypominajki o rzeczach do zrobienia 😉 ).

Nie tylko spokój

Korzystanie z przygotowanych wcześniej tekstów przekłada się nie tylko na spokój umysłu. Korzyści jest o wiele więcej: możesz na przykład zająć się innymi aspektami związanymi z prowadzeniem bloga albo większym dopieszczaniem tekstów. O tym jednak napiszę jeszcze innym razem 😉

Coś jeszcze

Hmm, a może rada odnośnie PISANIA WCZEŚNIEJ I NA ZAPAS sprawdza się także w jeszcze innych dziedzinach życia? Takie ROBIENIE WCZEŚNIEJ? Jeśli przychodzi ci coś do głowy, skorzystaj z możliwości dodania komentarza 😉

Ja tymczasem przejrzę tekst, opublikuję go i jeszcze sobie trochę w nagrodę pogram w grę 😀

Bartosz F. Zdzienicki

2 uwagi do wpisu “I znowu na ostatnią chwilę, czyli zadbaj o spokój umysłu

  1. Wcześniejsze przygotowanie publikacji, czy też innych rzeczy potrzebnych np. do pracy do bardzo dobry pomysł 🙂 Dzięki temu mamy możliwość skupienia się na innych rzeczach i zadaniach

    Pozdrawiam mega pozytywnie Paweł Zieliński

    1. Cztery, pięć artykułów w przód – i byłoby niemal idealnie 🙂 No właśnie: można wtedy zabrać się za jeszcze inne sprawy, których zawsze jest mnóstwo przy okazji prowadzenia bloga – ogarnianie newslettera, media społecznościowe… Dzięki 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *